Bez kategorii

Z dziennika poliglotki (2)

W ciągłym natłoku zdarzeń związanym z nauką języków obcych, dobrze jest się czasami oderwać i odejść do tematu z odrobiną humoru. Pozwala nam to nabrać odrobiny dystansu do własnych przygód językowych.

 

2 stycznia

 

     Dzisiaj w końcu udało mi się sporządzić listę języków, którymi chciałabym się zająć w tym roku. Taki mój mały sukces na dobry początek. Może jest ona nieco przydługa i być może za bardzo skupiam się na jednej grupie językowej. Tak przyznaję języki romańskie to takie moje małe zboczenie. Gdyby tylko miała to jedno. Wielu i tak uważa mnie za kompletną wariatkę, która właściwie to nie wiadomo, po co to robi….. języki, też mi hobby. Ale wracając do sedna sprawy. Oto moje małe skarby (a skarby, jak to skarby, potrzebują wiele uwagi i każdego z nich trzeba bardzo dobrze pilnować, żeby się gdzieś nie zapodział):

 

angielski

– banał, jak powiedzą niektórzy –

(Opanować co najmniej na poziomie zaawansowanym…. ale na wyższym pułapie. Nie przesadzajmy. Po co od razu pisać, że chce się mówić jak native speaker, prawda. Przecież to takie przytłaczające !!!)

 

portugalski

– brzmi nieco bardziej egzotycznie –

(Ach co za język !!! Prawdziwa mieszanka wybuchowa. Czasami można się poczuć jak na polu minowym. Tyle tu pułapek. Ale za to jest ciekawie i zaskakująco.)

 

francuski

– po co ja się w to pakuję, jednym słowem –

(Wszyscy górnolotnie nazywają go językiem miłości. Pewnie dlatego, że Francuzi tak dobrze opanowali sztukę uwodzenia. Za to język, chyba za bardzo skomplikowali. Cóż nie wszystko musi się udawać.)

hiszpański

– niech będzie nieco słonecznie… szczególnie, gdy za oknem nieszczególnie – 

(To staję się troszkę nudne prawda – kolejny język romański. Jednak, żeby dobrze poznać wroga, trzeba działać na wielu frontach)

 

niemiecki

– potwór, nie język…. ale trzeba sobie stawiać wyzwania –

(Jak twierdza nie do zdobycia. Mimo natarcia, nie daje się zdobyć. Może tym razem się uda.)

 

… a może i włoski

– gdy zrobi się już trochę nudno –

(W końcu dlaczego by nie. Od czasu do czasu można pozwolić sobie na odrobinę fanaberii.)

 

3 stycznia

 

Przepis na językowy sukces

 

Składniki:

  1. Odpowiednia mieszanka języków. Dobór tego składnika jest kluczowy. Dlatego warto najpierw przemyśleć sprawę i zastanowić się czy warto się w to wszystko pakować. (Głupie zdanie w ustach poliglotki. Oczywiście, że warto, moim skromnym zdaniem.)

 

2. Dobre narzędzia do obróbki naszej mieszanki. Jednak pamiętajcie, nie warto zawalać się zbyt dużą ilością fachowej literatury, bo może rozboleć nas głowa…. a wtedy z nauki nici.

 

3. Szczypta fantazji i pieprzu… tak aby nie było zbyt nudno. Nie chcemy się przecież zanudzić na śmierć. To nie miało by żadnego sensu. Natrudzić się tyle i umrzeć pod sam koniec.

 

4. Przydałby się nam również jakiś zabłąkany wędrowiec… taki skromny native speaker z prawdziwego zdarzenia (ale nie jest on niezbędnie potrzeby do odniesienia sukcesu. Jednak, właściwie gdyby był sympatyczny, to dlaczego nie.)

 

5. Natomiast jak zwykle w moim przypadku przyda się też odrobina literatury. W końcu dobrze poczytać kogoś, kto się na tym zna, a nie udawać, że samemu się potrafi pisać.

 

6. Dobrze też od czasu do czasu posłuchać kogoś mądrzejszego od nas samych. Uwierzcie czasami warto.

 

7. Można też chwycić za pióro. Niech ktoś inny pomęczy się trochę z naszą bazgraniną. To i tak lepiej niż miałby nas słuchać.

  

Sposób przygotowania:

Powoli dorzucać kolejne języki. Nie można robić tego zbyt szybko, ponieważ otrzymamy mieszankę wybuchową (czytaj nawarzymy sobie bigosu). I całość będzie nie za bardzo zjadliwa. A w końcu nie planujemy żadnych sensacji lub jak kto woli nieprzewidzianych komplikacji w czasie realizacji całego procesu. Jednak nie należy się też za bardzo ociągać. W takim przypadku groziłoby nam kompletne rozregulowanie. Czytaj: kompletna katastrofa – leżymy i kwiczymy jednym słowem. Najlepiej, po prostu podążać wyznaczonym szlakiem stawiając drobne kroki, a przy tym należy patrzeć pod nogi, tak aby nie natknąć się na minę lub wpaść w pułapkę zastawioną na nas przez zaciekle broniącego się wroga. Wroga, który zna wszelkie możliwe fortele – język obcy.

Mam nadzieję, że u Was też językowo. Jeżeli macie ochotę podzielić się swoim doświadczeniami , to zapraszam do podzielenia się nimi w komentarzu.

Advertisements

3 thoughts on “Z dziennika poliglotki (2)

  1. Hiszpański to moja miłość, na tapecie jest włoski, portugalski jest w planach… Jak więc widzisz, nie jesteś tu odosobniona☺ Zaciekawiłaś mnie tymi pułapkami w portugalskim. Już ostrzę sobie zęby☺ Choć niemiecki trochę mnie przygotował do trudności językowych☺ Za łatwo nie jest ciekawie zresztą. Hiszpański łatwy, łatwy, ale ma subjuntivo i mnóstwo słów – pułapek☺

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dla pocieszenia powiem, że w portugalskim też istnieje ten tryb 😉 Nazywa się modo conjuntivo i w przeciwieństwie do hiszpańskiego w języku portugalskim futuro do conjuntivo jest nadal powszechnie stosowane. Jeżeli chodzi o pułapki. to można wymienić dość trudną wymowę oraz zmienne położenie zaimków w zdaniu (tj. trzy pozycje – przed, za i w środku czasownika).
      Który język jest dla Ciebie łatwiejszy hiszpański czy włoski?

      Lubię to

      1. Spoko, jeśli przeżyłam subjuntivo w jednym języku, przeżyję i w drugim:) Dla mnie łatwiejszy jest włoski, w hiszpańskim gramatyka jest bardziej skomplikowana. Ogólnie jednak oba są łatwe.

        Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s